W jakim związku można być bardziej szczęśliwym? Małżeńskim czy wolnym? Jak zmierzyć poziom szczęścia w zalegalizowanych i niezalegalizowanych układach dwojga ludzi? Czy w ogóle można zmierzyć szczęście? Czy wolny związek jest naprawdę wolny? Co jakiś czas w mediach trwają dyskusje między zwolennikami i przeciwnikami wolnych związków. Tradycjonaliści uważają, że pary żyjące w wolnym związku są po prostu niedojrzałe do wzięcia odpowiedzialności za miłość. Ci, którzy - jak twierdzą są szczęśliwi bez papieru - odpierają argumenty i konserwatystom zarzucają ciemnogród i hipokryzję. Jak jest naprawdę? Czego boją się jedni i drudzy?
Ludzie tkwiący od lat w wolnym związku, uważani nawet przez znajomych za udane małżeństwo, twierdzą, że jedyną ciemną stroną trwania w takim związku jest brak uregulowań prawnych. Kohabitanci nie mogą, np. po sobie dziedziczyć ustawowo. O te sprawy muszą zadbać same, spisując, odpowiednio wcześnie testament notarialny.
Kohabitacja czy konkubinat
Celowo używam słowa kohahabitacja dla określenia wolnego związku. Konkubinat ciągle źle kojarzy się w polskim społeczeństwie. Mimo że niektórzy twierdzą co innego. Większość par żyjących w konkubinatach właśnie z powodu tego nieciekawie brzmiącego wyrazu mówi o swoim partnerze „mąż”, „żona”, choć wiedzą, że prawnie nie powinny używać tego terminu. Ale brzmi zdecydowanie lepiej niż „konkubent” czy „konkubina”. „Moja konkubina wczoraj przygotowała taki obiadek, że palce lizać” – takie zdanie brzmi po prostu źle, ale gdy zastąpimy w nim jedno słowo – wyrazem żona, od razu i nam i społeczeństwie skojarzy się właściwie i… lepiej.
Niedobrzy konkubenci
Słowo konkubinat środowisku medialnym ma pejoratywny wydźwięk. Wystarczy sięgnąć po kilka newsów podawanych przez telewizję. „Piła ze swym konkubentem alkohol”. „Konkubent chciał się jej przypodobać, dlatego pobił do nieprzytomności sąsiada, który jej się dziwnie przyglądał”. „Wracała ze swym konkubentem z imprezy i urodziła dziecko w polu, po czym je tam zostawili…”, „Ugodziła swego konkubenta nożem”…
Tak, tak to normalne, że jak ktoś żyje w nieformalnym związku, to gdy coś się przydarzy złego, znajomi i sąsiedzi powiedzą, że to było do przewidzenia, bo oni nie mieli ślubu. A media napiszą „wypadek się zdarzył, gdy Anna M. wsiadła z pijanym konkubentem do samochodu” na przykład. I już społeczna etykieta i ocena wystawiona.
Konkubenci, to jak widać po policyjnych statystykach ludzie z natury źli. Zabijają za flaszkę wódki, za parę złotych. Urządzają libacje, rodzą w polu dzieci, zostawiają je przy śmietnikach… Taką opinię można wysnuć, czytając policyjne notatki, czy informacje o zdarzeniach przytaczane przez media.
To była normalna rodzina
Gdy do tragedii dochodzi w małżeństwie, to najczęściej usłyszymy w informacji, że „Jeszcze nie wiadomo, dlaczego tak się stało. Przecież byli normalną rodziną. Znajomi i sąsiedzi wyrażają się o nich dobrze. Nie słychać było częstych awantur. Nie wiadomo dlaczego on zabił ją i dzieci…”.
- Właśnie dlatego nienawidzę słowa konkubinat. Dlatego, że z natury kojarzy się źle. Nawet jeśli będziemy najwspanialszą parą na świecie, będziemy szczęśliwi i tak ktoś kiedyś nam wytknie niezalegalizowanie związku i będzie próbował się wtrącać w nasze sprawy. Nie pomoże odpór, że jesteśmy szczęśliwi bez papierka. Społeczeństwo już nas oceniło. Żyjemy nie dość że nie po bożemu w katolickim społeczeństwie, to jeszcze w sposób sprzeczny z prawem – mówi 31 –letnia Anna, żyjąca od 10 lat w wolnym związku, z tym samym partnerem oczywiście.
Nawet w małżeństwie nie można być pewnym
- Nie ma recepty na szczęście, rozpadają się najbardziej szczęśliwe małżeństwa, szarpią się przed sądami o podział majątku i dzieci. Nagle po latach okazuje się, że tak naprawdę to się nienawidzą. Że ta przysięga miłości, wierności i uczciwości przed urzędnikiem i przed Bogiem – wcale nie jest gwarancją miłości do grobowej deski. A my kochamy się, podsysamy swoją miłość i dbamy o nią. Nie spoczywamy jak wielu małżonków na laurach, bo udało im się posiąść kogoś na własność dzięki kontraktowi. No pewnie, że być może kiedyś coś zepsuje się i u nas, ale nie widzę różnicy w nazywaniu się żoną naprawdę, a na niby. Choć przyznam, że ostatnio po 7 latach wolnego związku zaczęliśmy z moim Markiem myśleć o ślubie. Nie dlatego, że rodzina naciska, bo spisała nas na straty dawno temu, ale z powodu podejścia do takich związków w Polsce. Traktuje się nas po prostu niepoważnie. W szpitalu można mieć kłopot, by dowiedzieć się o stan zdrowia partnera. Mój Piotr miał kilka miesięcy temu wypadek. Pojechałam do szpitala, a lekarz dyżurny prawie chciał mnie wylegitymować, czy na pewno jestem rodziną. Wtedy pierwszy raz przeżyłam upokorzenie i dano mi do zrozumienia, że jestem kimś gorszym. Od tamtej chwili zastanawiamy się nad ślubem. W miłości papierka nie potrzebujemy. Jest on potrzebny bardziej innym niż nam, jednak decyzja na tak właściwie już zapadła – opowiada 28 –letnia Ilona.
Problem w prawie czy w ludziach?
- Istotą problemu nie jest to czy związek z ma papier czy nie, tylko czy jest to dobry związek. W Polsce nie ma możliwości rejestrowania konkubinatów ani praktycznego dochodzenia praw spadkowych, alimentacyjnych dla konkubenta i jakichkolwiek innych z tytułu pozostawania w konkubinacie. Konkubenci jedynie są dla siebie osobami najbliższymi w rozumieniu prawa karnego, co rodzi pewne skutki w postępowaniu karnym (np. możliwość odmowy zeznań wobec konkubenta) – mówi z ubolewaniem Janka prawniczka z 3-letnim stażem małżeńskim, dodając, że również długo tkwiła w wolnym związku. Ale po rozważeniu argumentów za i przeciw – zdecydowali się ze swym partnerem na ślub.
- Dla mnie tkwienie przez wiele lat w konkubinacie jest po prostu śmieszne – mówi Agnieszka. Nie dlatego, że jestem zagorzałą katoliczką, choć wiem, że właśnie wśród praktykujących katolików takie „układy” się zdarzają, nawet gdy do małżeństwa nie ma żadnych przeciwwskazań. Konkubinat po prostu to jest strach przed wzięciem odpowiedzialności za miłość i drugą osobę. Konkubenci twierdzą, że nie potrzebują papierka do miłości. Pewnie że nie, nikt go nie potrzebuje, ale skoro zapewniają, ze kochają się nad życie, dlaczego nie chcą zalegalizować swoich związków? Ze strachu? Z wyrachowania? Żeby jakby co było łatwiej się rozstać? Nie wierzę, że tylko dlatego, by łamać pewne przyjęte przez obyczaj normy. Mnie bardziej zawsze irytowało branie ślubu gdy dziecko w drodze, zwłaszcza jeśli para zna się naprawdę chwilę, od tkwienia w konkubinacie. Ale wieloletni konkubinat bez przeszkód do zwarcia małżeństwa uważam za wielką przesadę. Jednak nie piętnuję tych ludzi - mówi Teresa 40-letnia rozwódka.
Prawdą jest, że jeśli ludzie się kochają, to potrafią stworzyć udany związek bez jakiegoś świstka. Niestety prędzej czy później żyjący w wolnych związkach odczują na sobie społeczną presję. Ktoś zacznie wkładać nos w ich sprawy. I to w najmniej oczekiwanych momentach jak to było w przypadku Ilony i Marka.